| Jesteśmy fajną firmą! |
|
Andrzeju, jak to się wszystko zaczęło? Jakie są Twoje pierwsze wspomnienia związane z firmą?
I od razu było wiadomo, że to będzie spółka informatyczna? Tak, od początku myśleliśmy o branży IT. To był kapitalny moment na decyzję o inwestycji w tę branżę. Zdobywaliśmy na Politechnice trochę doświadczenia, w tej dziedzinie pracowaliśmy. Ja na nasze potrzeby badawcze składałem sprzęt komputerowy z części, które sam zakupiłem, pisałem programy. Mogliśmy pochwalić się sukcesami, gdyż za opracowanie oprogramowania sieci komputerowej, łączącej Wrocław, Gliwice i Warszawę wg specyfikacji opracowanej przez IBM dostaliśmy nagrodę ministra. Dużo też czytaliśmy o perspektywach tej branży. Byliśmy przekonani, że zaczyna się w tej dziedzinie rewolucja techniczna. Moją propozycją był wybór statusu firmy – upierałem się, żeby to była spółka z. o.o. – nie chciałem, aby to był jakiś socjalistyczny twór. Chcieliśmy mieć firmę z prawdziwego zdarzenia. A i konieczny wkład pieniężny przy siedmiu założycielach dawał jakieś śmieszne pieniądze na składkę.
I jak to się dalej potoczyło? Firma powstała w kwietniu, ale działalność rozpoczęła dopiero we wrześniu ze względu na te wszystkie pozwolenia i przeszkody, jakie po drodze trzeba było pokonać. W tych czasach bardzo trudno było założyć jakąkolwiek firmę – a my od początku chcieliśmy być spółką z ograniczoną odpowiedzialnością. Taka forma w tamtych czasach nie była w ogóle znana, ale nie była też zabroniona. W związku z tym mieliśmy nawet problemy z założeniem konta bankowego – w banku nie chcieli się na to zgodzić, bo w wykazie brakowało takiego rodzaju działalności jak spółka z o o. Pani, z którą załatwialiśmy formalności na każdym kroku piętrzyła trudności – tu brakuje takiej uchwały zarządu, a tu stempelka i jeszcze jakiegoś innego papierka. Ponieważ poszliśmy do banku całym trzyosobowym zarządem, od ręki na kolanie, podejmowaliśmy i podpisywaliśmy potrzebne uchwały, uzupełnialiśmy brakujące dokumenty i przystawialiśmy brakujące stempelki. W końcu po ponad dwóch godzinach – udało się, złamaliśmy urzędniczy opór… i mieliśmy konto. Postanowiliśmy wpłacić nasz kapitał założycielski... No i cały kołowrotek zaczął się od początku: konto musi być zatwierdzone przez naczelnika, trzeba czekać na decyzję… Podobne trudności spotkały nas przy zdobywaniu innych pozwoleń. Nasza pierwsza siedziba miała mieścić się w wynajętym garażu. Konieczne były różne zezwolenia… Nachodziły nas różne inspekcje jak strażacka, sanitarna. A zatrudnialiśmy wtedy jedną kobietę na stanowisku sekretarki, i okazało się, że ówczesne prawo wymagało dwóch osobnych oczek sanitarnych – damskich i męskich, a my mieliśmy tylko jedno oczko... I bardzo ważny urzędnik od spraw niepotrzebnych uparł się, że tego zezwolenia nam nie wyda dla tej siedziby. Byliśmy, więc zmuszeni sekretarkę zwolnić, zdobyliśmy pozwolenie dla tej siedziby i ponownie ją zatrudniliśmy.
Z czym zaczynaliście swoją działalność? Mieliśmy podpisane umowy, z dwoma, góra trzema firmami, m.in. z Żeglugą na Odrze, dzisiejszym OdraTransem. Ona była naszym pierwszym klientem. Współpraca z perspektywy czasu wyglądała dość oryginalnie, ponieważ sprzedaliśmy im komputery, następnie oni nam je pożyczyli. Na nich napisaliśmy oprogramowanie. Następnie Żegluga kupiła od nas nowe komputery, na które wgraliśmy to oprogramowanie, a my dalej pracowaliśmy na ich poprzednich komputerach. Taka współpraca trwała jeszcze około 2 lat. Od początku, więc mogliśmy się przekonać, że najważniejsze w biznesie to mieć dobrych klientów.
W jaki sposób zdobywaliście pierwszych klientów? Koniec lat osiemdziesiątych to były lata dość specyficzne. Komputery oznaczały nowoczesność, nowoczesność, na którą pieniądze dawały władze centralne, wtedy jeszcze socjalistyczne. Celem było unowocześnienie wszystkich zakładów w Polsce. Firmy chętnie wydawały dotacje na nowoczesność. My korzystając z tej okoliczności zdobyliśmy kilka zleceń na sprzedaż komputerów. Firm sprzedających komputery było dużo. U nas nowością było, że podjęliśmy się napisania na nie oprogramowania wg specyfikacji klienta. Poszukiwaniem kontrahentów zajmował się nasz pierwszy prezes pan Tadeusz Kobylański. Sprzedawał komputery jeszcze pracując na Politechnice i miał odpowiednie kontakty.
Jaką działalność jeszcze podejmowaliście? Zajmowaliśmy się także urządzeniami elektronicznymi, np. testerami EKG dla lekarzy i serwisu technicznego. Nowinką było także tworzenie oprogramowania do mikroprocesorowego sterownika do zbierania danych dla potrzeb ochrony środowiska, a także odzyskiwanie srebra z fotograficznych roztworów utrwalających. Prawdziwym strzałem w dziesiątkę była produkcja filtrów ochronnych do monitorów. Nagle wszyscy chcieli je kupować, bo ponoć chroniły oczy przed szkodliwym promieniowaniem.
Zdobycie którego klienta okazało się najbardziej przełomowe dla firmy? Na pewno najważniejszy był nasz pierwszy klient, wspomniana już przeze mnie wcześniej Żegluga na Odrze, dzisiejszy OdraTrans. Dał nam impuls do rozwoju oraz motywację do dalszego działania. Pisaliśmy dla nich oprogramowanie, z którego oni naprawdę korzystali. To była dla nas prawdziwa satysfakcja. Takim pierwszym większym Klientem, który kupił nasz system był też Mamut – dla nich nie pisaliśmy oprogramowania, lecz sprzedaliśmy „gotowe” systemy. Mamut do tej pory jest naszym Klientem. Dla nas jest to powód do dumy, że nasza współpraca trwa już od tak wielu lat. Natomiast takim kontraktem, który przyniósł nam pierwsze większe pieniądze była współpraca z Bankiem Zachodnim. To było wtedy jednorazowa akcja. Bank Zachodni zamówił u nas chyba z 200 komputerów i 200 drukarek z polskimi znakami i dał rygorystyczny termin realizacji zamówienia do końca roku kalendarzowego. Jako jedna z niewielu firm umieliśmy przeprogramować pamięć drukarki i zainstalować tam standard wydruku Mazovia. To dla nas opracował Staszek Mazgaj. Były to szybkie pieniądze, za które ówczesny prezes firmy, pan Marek Żuk zakupił porządne meble do firmy. Te meble przeprowadziły się jeszcze razem z nami do siedziby na Sienkiewicza.
Czy od samego początku mieliście wizję, w jakim kierunku powinna podążać firma? Jakie były pierwsze cele? Na samym początku jeszcze nie. Mieliśmy tylko ogromną motywację do działania – wokół panował marazm, beznadzieja i szara komunistyczna rzeczywistość, a my posiadaliśmy energię i chęć pracy, chcieliśmy po prostu coś robić. Programy pisaliśmy od początku funkcjonowania firmy, ale obecnych kształtów firma zaczęła nabierać mniej więcej po roku działalności. Posiadanie jednego klienta, jakim była Żegluga na Odrze wiązało się z dużym ryzykiem dla firmy, co w konsekwencji nie było dla nas korzystne. Strasznie mnie to męczyło. Pojechałem specjalnie do Warszawy na spotkanie z firmą Interams, która posiadała pakiet do zarządzania przedsiębiorstwem. Zobaczyłem, jak działają ich systemy. Zdecydowałem, że będziemy pisać i sprzedawać własne oprogramowanie. No i zaczęliśmy pisać własny system ERP.
Czy były jakieś trudne chwile w życiu spółki? Jaki był największy, według Ciebie kryzys, który TETA przetrwała? Z pewnością przełom 2000 i 2001. Zachłysnęliśmy się pieniędzmi od inwestorów i nie potrafiliśmy nimi gospodarować.
Mówisz o Enterprise Investors? Tak. W 1998 r. Enterprise Investors zainwestował w TETĘ, co było ogromnym impulsem dla rozwoju firmy. Sytuacja diametralnie się zmieniła – na wszystko nas było stać, nie musieliśmy liczyć każdego grosza. Wśród nas istniało przekonanie, że inwestycje same się zwrócą. Z czasem wszystko zaczęło się wymykać spod kontroli, nadeszły ciężkie czasy, co w konsekwencji oznaczało zwolnienia ludzi. Dodatkowo w 2000 r. rozpoczął się boom na Internet, do którego byłem sceptycznie nastawiony, gdyż nie wiedziałem, jak jako firma mamy na tym zarabiać, a wszyscy chcieli wchodzić w Internet... Na to wszystko nałożyła się potem jeszcze prawdziwa pierwsza recesja na rynku i ogólne trudności w gospodarce. To był dla nas bardzo trudny czas. Wcześniej takim trudnym momentem był przełom roku 1992 i 1993 r. Nie mieliśmy działu handlowego i nie znaliśmy jego wartości. Myśleliśmy wtedy, że jak się ma dobry produkt, to on sam się będzie sprzedawał. Wówczas wyszedłem z inicjatywą, aby taki dział powstał. Jego szefem została moja siostra Alina Janczak. Postawiła na rozwój działu sprzedaży i marketingu, zatrudniła do tego odpowiednie osoby. Powołanie działu sprzedaży to była bardzo dobra decyzja – przybywało klientów i programiści coraz więcej czasu zaczęli poświęcali odpowiedziom na pytania klientów, aniżeli tworzeniu oprogramowania. Siła rzeczy wyodrębniłem też dział obsługi klienta, którego szefem zostałem. Dobrą inwestycją było też nawiązanie współpracy z firmą Oracle w 1995 r. Od ówczesnego prezesa Oracle Polska, Pana Jacka Ducha dostałem narzędzia do nauki oprogramowania i tak rozpoczęliśmy działania związane z nowym pakietem TETA 2000.
Powróćmy jeszcze do kryzysu na przełomie wieków. W jaki sposób zażegnaliście tamten kryzys? Po prostu znalazł się Jurek Krawczyk. Zaczął u nas pracę na stanowisku dyrektora finansowego. Wprowadził wtedy do firmy myślenie kategoriami finansowymi, co się opłaca i ile na czym zarabiamy. Taki ktoś z zewnątrz był nam wtedy bardzo potrzebny. Jurek był idealny na ten czas ze swoim finansowym podejściem do biznesu. Drugą ważną osobą był Rafał Bator z Enterprise Investors, który doprowadził nas na Giełdę Papierów Wartościowych. To byli ludzie, którzy zmienili nasz sposób myślenia z produkcyjnego na finansowy. Uświadomili, że można zrobić coś dobrego i mieć z tego ogromną satysfakcję, ale nie zawsze rynek jest w stanie to przyjąć. I wtedy trzeba umieć z tego zrezygnować.
Czy jest coś, czego żałujesz z perspektywy czasu – jakaś niepodjęta decyzja, utracone szanse? Jedna myśl przychodzi mi w tym momencie do głowy. Mianowicie w 1999 r. odwiedził nas Pan Adam Góral, który odnosił już wtedy sukcesy w sektorze Business Intelligence. Zaproponował współpracę. My mieliśmy wtedy takie podejście, że wszystko potrafimy sami zrobić najlepiej i dlatego nie podjęliśmy współpracy. Gdybyśmy wtedy rozpoczęli wspólne działanie to TETA byłaby dziś bardzo potężną firmą… Ale dziś także nie jest źle. Jestem zadowolony, że TETA jest samodzielna.
A jaki jest według Ciebie najlepszy moment w historii spółki? Dla mnie to ten moment jest właśnie teraz. Wyraźnie widać, że gospodarka jest coraz bardziej rynkowa, że konkurujemy z innymi na zasadach rynkowych. Zawsze stawiałem sobie cel, by TETA dorównała firmom lepszym od siebie. Dzisiaj marzę, aby dorównać takim firmom jak Comarch czy Asseco. Na dzień dzisiejszy wydaje się, że te firmy są jeszcze daleko przed nami. Ale… ale kiedyś tak daleko przed nami były Macrosof i Simple. I to co niemożliwe – stało się możliwe – udało nam się ich wyprzedzić. Dlatego warto stawiać przed sobą duże wyzwania, mieć takie pozornie wygórowane marzenia i wyobrażenia. Dlatego dla mnie obecny okres w dziejach firmy jest właśnie najlepszy:, mamy kompetentny zarząd, niezawodne, nowoczesne produkty i pracują tu wspaniali ludzie. A z takimi atutami wszystko jest możliwe.
Co jest według Ciebie największym atutem TETY – kapitał ludzki, profil działalności, dobra organizacja…? Kapitalnym atutem naszej firmy są ludzie. Uważam, że atmosfera pracy w TECIE jest niepowtarzalna i przyjacielska. I ludzie są wobec siebie przyjaźnie nastawieni. I to jest to, co osobiście bardzo sobie cenię i z czego jestem dumny, że taki styl pracy udało mi się zaszczepić w firmie. Zawsze uważałem, że wielkie rzeczy można zrobić tylko wspólnie z zaangażowanymi ludźmi. Ludziom trzeba pokazać cel, do którego chcemy dążyć i dać swobodę działania. Zawsze uważałem, że sztuką jest otaczanie się i kierowanie ludźmi mądrzejszymi od siebie.
A które osoby miały Twoim zdaniem największy wpływ na rozwój TETY? Było wiele takich osób. Ale wg mojej subiektywnej oceny taką osobą z pewnością był Marek Kaczor. Był motorem napędowym postępu technologicznego w firmie. To on namówił mnie, żebyśmy się zastanowili nad zainwestowaniem w systemy pracujące na bazie Oracle. To on ciągnął pakiet TETA 2000, miał mnóstwo pomysłów. Bardzo dobrze nam się współpracowało. No i Krzysztof Zygan, który był jednym z pierwszym pracowników zatrudnionym przeze mnie. Przejął po mnie moduł Sprzedaż i do dzisiaj się nim zajmuje. To człowiek, który wie, czego chce… Wniósł do firmy dużo chęci zmiany i rozwoju oprogramowania. Był niekwestionowanym liderem zespołu, pomimo swojej cichej i skromnej natury. A jego słynne przełączniki w programach… Pamiętam taką anegdotę związaną z nim. Kiedyś klient dzwoni i skarży mu się, że jak zrobi to i to wtedy system się zawiesza. A pan Krzysztof głośno strofuje go: A po co pan do cholery tam włazi, kto panu pozwolił. I klient zrozumiał, że źle robi.Takich osób jest znacznie więcej – firma się rozwinęła i zatrudnia coraz więcej pracowników, których już mniej znam. Bardzo nad tym boleję, ale chyba tak już musi być. Gdy byliśmy małą firmą i wszyscy się znaliśmy, łatwiej było pokazać siebie. Dzisiaj wiele rzeczy obwarowanych jest procedurami i zasadami i to ogranicza w pewien sposób indywidualność osób i odciśnięcie jej na firmę.
Załóżmy, że ponownie zakładałbyś firmę w latach 80-tych XX wieku. Z perspektywy czasu i doświadczenia, na jaki profil działalności byś postawił? Ponownie wybrałbym informatykę. Od początku, gdy zobaczyłem pierwszego PC IBM XT byłem święcie przekonany, że kiedyś każdy człowiek będzie miał swój własny komputer, że ta dyscyplina siłą rzeczy będzie się bardzo szybko rozwijać…
A współcześnie, zakładając firmę, na co warto byłoby postawić? Dzisiaj ogromny potencjał stanowi genetyka i bioinformatyka. Te dziedziny posiadają takie możliwości i taki potencjał, jaki 20, 30 lat temu tkwił w informatyce. W informatyce rewolucja jest już za nami, ogromy postęp w tej dziedzinie już się dokonał, nastąpiła wielka zmiana mentalności w stosowaniu informatyki– tak wiele się zmieniło w ciągu minionych dwudziestu lat. W tym czasie powstało wiele firm zajmujących się informatyką – a to wszystko, dlatego, że było ogromne zapotrzebowanie społeczne na oprogramowanie. Informatyka pomaga teraz człowiekowi w każdej dziedzinie, nie jest tylko informatyką dla informatyki, tak jak to było kiedyś. Dziś będzie dalsze doskonalenie metod jej wykorzystania, ale tak rewolucyjnych zmian nie widzę już w dalszej przyszłości.
Czy marzyłeś kiedykolwiek, że za 20 lat TETA będzie spółką giełdową o wartości ponad 200 mln zł?Gdy zakładaliśmy firmę, to giełda u nas jeszcze nie istniała. Giełdę zachodnią przedstawiano jako wielkie zło, wylęgarnię spekulacji, przekrętów i malwersacji. Niepodobna było wtedy myśleć o czymś takim. W tamtym czasie naszą największą ambicją było stworzenie sprawnej, dobrze prosperującej firmy i posiadanie satysfakcji z wykonywanych działań. Na tym przykładzie dobitnie widać, jak bardzo Polska się zmieniła, jak normalnym krajem jesteśmy.
Twoja wizja firmy na kolejne 10 lat? W jakim kierunku powinna rozwijać się TETA? Chciałbym, żeby za kolejne 10 lat TETA była nadal niezależną firmą, która będzie swobodnie się rozwijać, będzie tworzyła wokół siebie silną i niezależną Grupę Kapitałową TETA, że będzie nadal miejscem pracy dla fajnych ludzi o dużych ambicjach.
Czy jest jeszcze coś, co chciałbyś nam powiedzieć? Tak, chciałbym przekonać Was, że pracą można dojść do dobrych wyników, do prawdziwej satysfakcji, która daje wielką radość i szczęście. Jesteśmy fajną firmą i życzę każdemu, aby miał taką samą satysfakcję ze swoich działań, jak ja mam.
Dziękujemy za rozmowę. |




